|
|
|
|
|
|
|
|
Na Warszawskim Spotkaniu Komiksowym miała miejsce premiera "Królestwa pod piaskiem" (Równocześnie odbywały się premiery tego albumu w innych miastach np. 16 marca na konwencie "Pyrkon" w Poznaniu). Dostajemy do rąk 26. już album, który w odniesieniu do całego cyklu stanowi trzeci etap odysei rodziny Aegirsson wzdłuż lądów Południa. Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich albumów mamy do czynienia z całkowicie zamkniętą strukturą, może aż nazbyt wyczuwalną. Zauważmy bowiem, że akcja kończy się równie szybko jak zaczyna. Jakby autorzy nie mogli rozłożyć fabuły na 46 kart albumu - stąd wiele skoków napięcia, następujących po sobie zwrotów akcji (np. Thorgal zaczyna uciekać przed Orchiasem, później pojawia się Ilenia, z którą kontynuuje ucieczkę, rozmawia z Sargonem - zwolnienie tempa - po czym znów ucieka z Ilenią...). Zamiast w miarę dostrojonych do czytelnika ciągłych zmian biegu wydarzeń, bo takie sprawiają wrażenie naturalnych, śledzimy kronikę wypadków. No cóż, autorzy z pewnością wiedzą, że rozkład akcji w albumie powinien być analogowy a nie cyfrowy...Ten album, nie wiedzieć czemu, nie stosuje się do tej zasady i dlatego nie buduje napięcia, stosownego do dramatycznych, przecież wydarzeń. Pozostawmy sprawę struktury akcji i skupmy się na samej treści. Czy spełnia ona wymagania czytelnika, spragnionego mistycyzmu, tajemnicy i mroku, znamiennego dla starych, dobrych albumów? W zamierzeniu Van-Hamma prawdopodobnie "Królestwo pod piaskiem" miało nawiązywać do albumów:"Kraina Qa" "Oczy Tanatloca", "Miasto zaginionego boga", czyli do tematów pokrewnych ze "spotkaniem z przeszłością", "podróżą myślami w pradzieje" itp. Rzeczywiście scenarzysta sprawdzał się traktowaniu o genealogii swojego bohatera, dobudowywaniu przeszłości, co zresztą zawsze stanowi pewnego rodzaju wyzwanie dla autora. Jednak tym razem skusił się, by historię powierzyć dość "mizernym" postaciom. Czemu mizernym? Nie w sensie fizycznym (no może za wyjątkiem Sargona), lecz w tym znaczeniu, że nie są to osoby, które w jakiś szczególny sposób przyciągają uwagę. Pamiętamy w jaki sposób Van-Hamme w poprzednich albumach kreował mit o gwiezdnym rodzie - mieli to być ludzie o niezwykłej inteligencji, wyniośli, niezwyciężeni, nieustraszeni, dysponujący potężną energią. Rzucającymi się w oczy usterkami są natomiast - znowu problemy z obsadzeniem ról - w labiryncie np. mamy 7 postaci, z których każda musi coś powiedzieć i przez to ogólne wrażenie nie jest satysfakcjonujące. Postać Chryzjosa z kolei stanowi chyba najbardziej dynamiczną (zmieniającą się) osobowość całej serii. Tchórzliwy i gotowy się poddać w każdej chwili Sargonowi, nagle staje się superbohaterem - składa ofiarę z samego siebie, ocalając tym samym pośrednio całą społeczność wikingów, a kto wie, może i ludzkość...No nic Chryzjos kojarzy się Christosem (łac. Chrystus). Taka kreacja bohatera nie jest zgodna z tym, co Van-Hamme prezentował w poprzednich częściach a mianowicie z koncepcją, że w momentach silnych emocji, kulminacyjnych punktach, w postaciach wyostrzają się te cechy, które warunkowały ich postępowanie i osobowość. Tutaj w chwilach grozy tchórzostwo ustępuje nagle odwadze, a to jest raczej trudne do zaakceptowania dla czytelnika. Kreska Rosińskiego z kolei nie budzi podziwu, ale chyba największym zgrzytem jest padająca z ust Sargona liczba 25 (jakoby ćwierćwiecze przygód rodziny Aegirsson). Wiemy, że Aaricia była o 6 lat młodsza od Thorgala, w "Zdradzonej czarodziejce" mogła mieć minimalnie 14 lat, Thorgal około 20. Wynikałoby stąd, że Thorgal ma w "Królestwie pod piaskiem" około 45 lat lub tylko 25... Obie liczby oczywiście nie wchodzą w rachubę. Biorąc to wszystko pod uwagę, można stwierdzić, że album ten należy do *skróty nazw albumów
|
|